Żandarmom Republiki
więc odjeżdżasz, oszuście, słodki szarlatanie,
któryś kochał alkohol, cygara i czaple.
któryś był taumaturga, bufon i hochsztapler,
odjezdzasz, a więc jedźże na karku złamanie!
Ach, znamy, dobrze znamy twoje promenady
od "Kresow" do "Ziemianskiej", z "Ziemiańskiej" do "Kresów"
dżdżyste raidy autami z córkami mechesow,
noce w mrocznych winiarniach, komersze i szpady.
Faktycznie, pamiętamy "noce infernalne"
i "Poemat o piekle", i liścik Lechonia,
toje usta za duże, spalone przez koniak
i przez miłaści słotne, a fenomenalne.
O, poeto nasłodszy, hodujący kwiatki,
robiący tricki lepsze niż swięty Franciszek,
pustkę serca wyleczył ci pełny kieliszek
i krawat, w którym lśniła duża łza twej matki.
A kiedy przychodziły noce niepogody,
po Nalewkach się błąkał twój kabriolet stary,
noc zmieniała się w strofy, a strofy w dolary...
h?las! strofy są zawsze, honoraria - w środy.
I takeś, o Konstanty, gwizdał po Warszawie,
jak jakiś wzniosły Rilke albo zdoła Irzek;
prawie co noc w "Empirze" grywałeś na lirze,
rachunki dobrzy ludzie płacili łaskawie.
Ale wszystko się kończy i odjeżdżasz oto,
łzy Eleonory zmieszały się z deszczem,
odjeżdżasz... never, never! Zostań chwilę jeszcze,
lubiła cię hołota, więc zostań z hołotą.
O pociągu jesienny. Jadący w szarugę,
o, koła, rozstrzęsione strachem i malarią!
Kochałem cię naprawdę, Stanisławie Mario,
a ty szaleństwa moje i moją papugę.
I
To jakaś mania, daję słowo
(czyżbym istotnie z byka spadł?),
bo każdą nocą księżycową
muszę odwiedzić Mariensztat.
Żadna mnie siła nie powstrzyma,
niechby sam premier! no to co?
I jeszcze chwila - już mnie ni ma.
Jak ptaszek lecę. OISEAU.
Ciotunia płacze i domowi
i wszyscy się pytają mnie:
- Co pan tam widzi, niech pan powi?
A ja im odpowiadam, że:
MARIENSZTAT TO MOJE NATCHNIENlE,
MARIENSZTAT TO DROGIE KAMIENIE,
NA MARlENSZTACIE WARSZAWĘ POZNACIE
PIĘKNIEJSZĄ NIŻ MARZENlE.
II
Więc kiedy księżyc w czwartej kwadrze
w kołysce nieba się przebudzi,
na Mariensztacie lubię patrzeć
na roześmiane twarze ludzi.
Kochane, złote warszawiany,
jakimż to polonezem idą!
Jak to się tłoczą u fontanny!
Ach, cóż za radość! Cóż za widok.
Inne radości też tu mamy
nie jestem w kobiet typie,
co chwila szepcą do mnie damy;
- To chyba śni się. Niech pan szczypie.
I nowy zegar się rozlega;
wprawdzie ta rzecz mnie trochę dziwi,
na diabłaa wmontowali zegar,
gdy tutaj wszyscy są szczęśliwi!
A o dwa kroki, tam dzie zwista
gwiezdną gałęzią noc sierpniowa,
majestatycznie jedzie Wisła,
ta polskich rzek dyrektorowa.
III
I tak wśród ślicznych ulic
chodzimy w srebrnych blaskach:
ja - stary noktambulik
i ona - noc warszawska.
I gdy oczy otworzę
dech mi w piersiach zapiera,
myślę sobie: a może
księżycowa chimera?
Ale nie! i o świcie
też się urok nie zmniejszy.
Mariensztat! Znakomicie!
Marierisztatl Najcudniejszy.
Mariensztat! Eech, w tym fachu
robota nieustanna:
spójrzcie: pałac Pod Blachą!
Kierbedź! i Święta Anna!
Więc ogłaszam: W TO LATO
AUTOR W NOCNE GODZINY
Z POWODU MARlENS2TATU
W INNYCH SPRAWACH NIECZYNNY.