Z akcentem na przedostatniej sylabie,
co mnie zupełnie nie zachwyca -
i znowu "drz" i grz", i "chr"
o znowu "pszczoła" i "pszenica",

o znowu drogi mgłą owiane.
(po ktorych chodzi pani z panem,
pan, prosze pani, wyszedł z betów) -

o, mowo polska, zakret weź
pianinkiem jesteś, nie organem,
klajstrem, a nie pasją politycznego pamfletu
- z tym swym akcentem z brzydkich brzydszym,
jak rzecz wiecznie niedokończona,
ty zamiast działać, ty się mizdrzysz
zatruta składnią Cycerona;

skrzypeczko śliczna, dudko dudków,
dziecinko, się skarząca mamie,
nieutulonych wdowo smutków,
ty muskasz rzeczy, a nie łamiesz;

ty lubisz łasić się, przymilać,
kostium przymierzać osiem razy.
A nam potrzeba monosylab
krótkich i jasnych jak rozkazy.

Nam trzeba wiecej rymów męskich,
którymi będziem ćwiczyc Muzę,
nam trzeba w sedno, a nie w księżyc,
żelazem, a nie ciepłych klusek.

Z akcentem na przedostatniej sylabie,
jak biegacz, co mu pękły ścięgna,
jak naród, co w pół drogi stanie,
taka ty jesteś, mglisto-senna.

Szczęście, że płyniesz ulicami,
nie tylko w książkach, i jak rzeka
szumisz nowymi akcentami,
gdy człowiek mówi do człowieka;

lecz literacka, z tych odpadków
historii, co spadają z wózka,
uff! jak mnie męczysz, Świeta Matko,
niedosłowiańska, półfrancuska.

I choć z czerwieni płonących Warszaw
trwalsza niż Anglia flagę zszywam,
mowo polska, ja cię oskarżam:
STAŁAŚ SIĘ LENIWA, NIEŻYWA.


I
To jakaś mania, daję słowo
(czyżbym istotnie z byka spadł?),
bo każdą nocą księżycową
muszę odwiedzić Mariensztat.

Żadna mnie siła nie powstrzyma,
niechby sam premier! no to co?
I jeszcze chwila - już mnie ni ma.
Jak ptaszek lecę. OISEAU.

Ciotunia płacze i domowi
i wszyscy się pytają mnie:
- Co pan tam widzi, niech pan powi?
A ja im odpowiadam, że:

MARIENSZTAT TO MOJE NATCHNIENlE,
MARIENSZTAT TO DROGIE KAMIENIE,
NA MARlENSZTACIE WARSZAWĘ POZNACIE
PIĘKNIEJSZĄ NIŻ MARZENlE.
II
Więc kiedy księżyc w czwartej kwadrze
w kołysce nieba się przebudzi,
na Mariensztacie lubię patrzeć
na roześmiane twarze ludzi.

Kochane, złote warszawiany,
jakimż to polonezem idą!
Jak to się tłoczą u fontanny!
Ach, cóż za radość! Cóż za widok.

Inne radości też tu mamy
nie jestem w kobiet typie,
co chwila szepcą do mnie damy;
- To chyba śni się. Niech pan szczypie.

I nowy zegar się rozlega;
wprawdzie ta rzecz mnie trochę dziwi,
na diabłaa wmontowali zegar,
gdy tutaj wszyscy są szczęśliwi!

A o dwa kroki, tam dzie zwista
gwiezdną gałęzią noc sierpniowa,
majestatycznie jedzie Wisła,
ta polskich rzek dyrektorowa.
III
I tak wśród ślicznych ulic
chodzimy w srebrnych blaskach:
ja - stary noktambulik
i ona - noc warszawska.

I gdy oczy otworzę
dech mi w piersiach zapiera,
myślę sobie: a może
księżycowa chimera?

Ale nie! i o świcie
też się urok nie zmniejszy.
Mariensztat! Znakomicie!
Marierisztatl Najcudniejszy.

Mariensztat! Eech, w tym fachu
robota nieustanna:
spójrzcie: pałac Pod Blachą!
Kierbedź! i Święta Anna!

Więc ogłaszam: W TO LATO
AUTOR W NOCNE GODZINY
Z POWODU MARlENS2TATU
W INNYCH SPRAWACH NIECZYNNY.