NA Nowym Świecie, w świetle latarni,
leżała głowa w antykwarni,

możze dziwoląg etnograficzny,
a może przyrząd do sztuk magicznych,

zewnątrz toczona, wewnątrz drążona,
głowa-curiosum, fikcja szalona,

w każdym bądź razie zwyczajne drewno,
drewno, drewno. Na pewno.

Że lubię rzeczy wyjątkowe,
nabyłem ową drewnianą głowę,

niosę~ do domu, rozwijam papier,
a żona patrzy i łza jej kapie,

w końcu monolog: "Och, moje złoto,
po coś to kupił, na co ci toto?

Ja mam wydatki: i to, i owo,
a ty do domu nagle z tą głową.

O biedna jestem ja, losu pastwa,
jak ty co zrobisz - same dziwactwa;

gdy patrzę na nie, ból mnie przeszywa,
zabierz tę głowę, dość mam tych dziwactw".

(Monolog rośnie, słowo do słowa,
a między nami drewniana głowa.)

Żeby więc nieco błysnąć dialogiem,
tak się odzywam: "Prawdą a Bogiem,

to mną kierował rozsądek zdrowy,
wnet pojmiesz sekret drewnianej głowy".

I żeby dowód poszedł za słowem,
lekko nadziewam głowę na głowę.

Wchodzi kolega (z drewnianą głową),
co dawniej patrzył na mnie surowo.

Widząc, że też mam drewnianą kulę,
zaczyna do mnie przemawiać czule,

mówi: "Mój kotku!" Siedzi do rana.
Drewniana głowa. Głowa drewniana.

Nazajutrz o mej drewnianej głowie
Wieść się roznosi jak ryki krowie,

chwalą w południe, wieczór i rano
drewniane głowy głowę drewnianą,

kariera rośnie, szacunek wzrasta,
jestem na ustach całego miasta,

duch mnie nie męczy apollinowy.
mam święty spokój. Z powodu głowy.

Niech żywe głowy budują, a ja
tylko oceniam, tylko zagajam,

tutaj postoję, tam się powiercę,
tu coś uzgodnię, tam coś zatwierdzę,

rozkoszny dzionek strzela jak z bicza.
O, głowo moja! o, tajemnicza!

którą znalazłem gdzieś w antykwarni?
Na Nowym Świecie? W świetle latarni?

Czysty przypadek. I cóż wy na to?
Jestem szczęśliwym biurokratą.


Przestań pisać te wiersze! - sykała kochanka w ucho,
i tylko księżyc podsłyszał, schylone, różowe ucho.

I jakieś flety ukryte były w jej biodrach i żebrach,
a może to księżyc szumiał potworną palmą ze srebra.

A może to była Brazylia. A może byłem pijany.
Do kochanki prostej, jak palma, przywarłem uchem do palmy.

Z nieczytanego dziennika najśmieszniejszy wyraz "kabokle"
i noc uważnie patrząca przez gwiazdy jak przez binokle.

I jescze co? i co jeszcze? W dalekim kościele dzwony.
2-ga w nocy. Park przed oczami chodził jak tygrys zielony.

Usta tak bardzo blisko. Gwiazdy tak bardzo wysoko.
Może to jest poezja, a może tylko alkohol.